Opublikowany w Iga, recenzja, sci-fi

Victor Dixen ,,Fobos”

page_1

Czy do tej pory Fobos kojarzył wam się z najzwyklejszym
księżycem Marsa? Jeśli tak, to obiecuję, że to się nie zmieni (może tylko troszeczkę). Jeśli natomiast Fobos dla was czarna dziura o śmiesznej nazwie, to zapewniam, że po przeczytaniu książki Victora Dixena to się zmieni!

Dixen zaprezentował nam książkę, która opowiada o losie pracowników NASA, po sprzedaży tej słynnej agencji i o losie uczestników (nie)bezpiecznego programu reality show Genesis. Program Genesis polega na tym, że Czerwoną Planetę ma zasiedlić sześć dziewcząt i sześciu chłopców, w wieku pomiędzy 17 a 20 rokiem życia. Żeby po drodze na Marsa uczestnikom nie nudziło się za bardzo, wymyślono coś takiego jak „szybkie randki”. Dziewczyny spotykają się z chłopakami tylko na sześć minut w kuli spotkań. Potem uczestnicy tworzą listy najlepszych uczestników płci przeciwnej. Pod koniec podróży bohaterowie muszą podobierać się w pary i już do końca ich życia, żyć z tym wyborem. Wszystko to jest transmitowane. Przypomina wam to randki w ciemno? Jakieś reality show? Tak, nie mylicie się ani trochę, powiem nawet, że widzowie podczas emisji programy (czyli 24/7) mogą wpłacać datki na ulubionego uczestnika. Po przylocie na Marsa z tych pieniędzy uczestnicy będą mogli kupować najlepsze sprzęty do mieszkania itd.

Doskonale pamięta moment, w którym zobaczyła ogłoszenie o naborze do programu „Genesis”, pierwszego reality show w kosmosie. Sześć dziewczyn i sześciu chłopaków wybranych w ogólnoświatowym castingu ma założyć pierwszą ludzką kolonię na Marsie. Będą poznawać się podczas sześciominutowych randek, by zdecydować, z kim założą rodzinę, gdy dotrą do celu.”

Główną bohaterką jest francuska, która z Francją ma tyle wspólnego co piernik z wiatrakiem, czyli Léonor. Dziewczyna, która została porzucona przez rodziców na śmietniku. Do niedawna pracowała w fabryce karmy dla psów. Tak naprawdę Léonor nie miała nic do stracenia, postanowiła więc zgłosić się do programu. Z dobrym skutkiem. Léonor, która ma sekrety, rozmaite przemyślenia na temat wszystkiego (uwierzcie mi), ma też niezwykły talent do rysowania. Na pierwszy rzut oka, czyli po przeczytaniu kilku stron wydaje się być normalna. Jednak gdy poczytamy dalej można ją określić mianem największej artystki, a zarazem szajbuski na tym statku. Nie chodzi mi o to, że jej nie lubię. Wręcz przeciwnie polubiłam ją, czasem mnie irytowała, jak to każda postać literacka (nawet Harry Potter), czasem nie rozumiałam jej wyborów i reguł, lecz uznajmy, że postać Léonor jest bardzo dobrze wymyśloną postacią.

Odmów… – szepcze mi do ucha cichy głos. – Wiesz, że nie nadajesz się do tej misji z tym, co masz do ukrycia. Wiesz, że jeśli polecisz, będziesz cierpiała tak, jak jeszcze nikt dotąd nie cierpiał. Odmów w tej chwili…

W jednym rozdziale mamy opis sytuacji ze statku Cupido, który leci na Czerwoną Planetę. Natomiast już w następnym, opis sytuacji z centrum dowodzenia na Ziemi. Wredna Serena McBee zarządza projektem Genesis. Wszędzie ma układy, szantażuje swoich pracowników, ukrywa córkę, jest wredną starą babą, która ciągle kłamie i nie zwraca większej uwagi, czy zabije jednego ze swojego pracownika, czy nie. Każdy z uczestników ma swoją historie i swoje ukrywa, na przykład jakąś szajkę narkotykową albo coś w tym stylu. Wszystkie koleżanki Léonor są bardzo podobne, naprawdę często myliły mi się ich imiona. Wydaje mi się, że różnią się tylko krajem, z którego pochodzą. Co do chłopców jest podobnie, ale wydaje mi się, że pomiędzy nimi są lepsze stosunki niż u dziewczyn (no, przynajmniej u niektórych).

Nie chcę za dużo zdradzać z fabuły książki, bo naprawdę była wyśmienitym kąskiem! Zapomniałam dodać, że kocham książki, które rozgrywają się poza naszą planetą, albo mają choć taki wątek (na przykład Misja 100 albo 5 sekund do Io). Pozwolę sobie tylko zdradzić, że dużo się wydarzy podczas podróży, niektóre sekrety wyjdą na jaw, będzie sporo kłótni, dram i rozterek miłosnych.

Całą książkę i fabułę mianuję na „Miłościową książkę w kosmosie”! Wiem, że to brzmi zabawnie, ale ta nazwa odwzorowuje idealnie całą fabułę książki. Dosłownie zakochałam się w niej, więc oceniam ją 10 na 10. Dziesięć dlatego, że koniec jest miazgą, NAPRAWDĘ. Podczas czytania jest tyle emocji, które towarzyszą nam naprawdę do ostatnich stron powieści. Życzę miłego czytania i zabawy z czytania przede wszystkim!

Stay alive, Iga

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s